Rudnicki, przepraszam za wyrażenie, saute

Z Rudnickiego książkami to jak z Sherlockiem i Watsonem. Watson obudzony w środku nocy widzi gwiazdy, bo nie jesteśmy sami we wszechświecie, Sherlock widzi, bo mu ukradli namiot. Krytycy literaccy szukają w bohaterze niosącym płytę pilśniową odwołanie do pasji Chrystusa i trudu ludzkiego żywota, Rudnicki widzi gościa, który cholernie ciężką płytę pilśniową niesie. Tradycyjnie recenzje nowego Rudnickiego mnie zniechęcały, a książka zachwyciła.

"Życiorysty" (świetna okładka, świetny motyw z zakończeniem książki wytłumaczeniem tytułu: "Jest takie słowo? A tam, co za różnica, jak nie ma, to będzie") nie łyknąłem jak poprzednich książek Rudnickiego. To dobrze. Poprzednie książki Rudnickiego brały za kark pierwszym słowem i wypuszczały nieruchomego po ostatnim, jakieś trzy godziny później. Tyle, że już trzy tygodnie później nie pamiętałem, co czytałem w felietonach, a co w której książce. Spirala rudnickości pochłaniała od razu, nie pozwalała wyjść i wypluwała. A "Życiorysta" jest zróżnicowany. Przez właśnie swoją strukturę. Rudnicki zaprasza do jednego pokoju, mówi, że to Wagner, a tam za ścianą Kafka, na przeciwko Hitler. I tak jak oni różni, tak historie różne. Czasem jak donica z balkonu, czasem trochę spokojniejsze. A na koniec dopiero opowiadania typowo rudnickie, trzecią część czyta się najszybciej i żal, że koniec i znowu dwa lata czy ile tam trzeba czekać.

Chociaż w sumie dziwię się, że na książki Rudnickiego w ogóle trzeba czekać, bo on to przecież na brak tematów chyba nie narzeka. Skoro potrafi zrobić porywające opowiadanie o tym, jak odczytuje stan licznika i idzie potem do fryzjera (Hamburg Steilshoop), to właściwie z każdego dnia zrobiłby opowiadanie.

Oczywiście Rudnickiego Rudnickim czynią drobiazgi (nie wulgaryzmy, wy wszyscy krytycy. Wyobrażam sobie, że da się z Rudnickim zrobić wywiad o czym innym niż tylko o wulgaryzmach). Np. takie, że wysyła sms do Bralczyka czy żaba samiec "to też kurwa żaba"? Michnik dzwoni i mówi coś mniej więcej, kiedy Rudnicki zacznie pisać coś poważnego zamiast wysyłać te swoje niepoczytalne teksty. To mam nadzieję, że nigdy nie wyjdzie. Nie chciałbym przeczytać "dzieła" Rudnickiego, takiego, żeby o nim mówić "dzieło". Dzieła Rudnickiego to zwrócenie uwagi, że w polskim pan żaba i pani żaba to jeden pies.

O, albo refleksja moja przy Rudnickim, nad znajomością języka obcego. Że jakbyś nie znał, to i tak nie znasz. Bo takie zdanie: "W całej Polsce obława, obława na wszystkich Żydów obława". Obcokrajowiec świetnie zna Polski, to niby zrozumie. Ale zrozumie? Albo "wziął go ojciec i tak do niego rzekł". To są kwiatki niewyłapywalne dla ucha nie wychowanego na bigosie. Bardziej wyłapywalne, a też świetne "po co mi wąż? Żeby mi zalegał wciąż?" Prymitywne rymy to najwyższa forma wyrafinowania. Albo przepraszanie za kolokwializmy poprzedzające użycie łacińskiego wyrażenia.

Rudnicki przedstawia tych wszystkich ludzi, którzy mnie w większości nie obchodzą, w taki sposób, że zaczynają mnie obchodzić. A wiem, że gdybym o nich przeczytał kogoś innego, to by mnie dalej nie obchodzili. Rudnicki jak Wojewódzki. Zaprosił tych wszystkich ludzi, żeby sam być gwiazdą. No, ale gdzie ma Rudnicki być gwiazdą, jak nie w swoich książkach, skoro wszędzie indziej, jak już go zaproszą, to po to tylko, żeby ponaciągać na jakieś pseudointelektualne rozmowy i spytać czy fajne mamy wulgaryzmy. Rudnicki, przepraszam za wyrażenie, saute jest w "Życioryście".
Trwa ładowanie komentarzy...